Higiena psychiczna i psychoprofilaktyka

Wychowanie społeczeństwa w zasadach higieny psychicznej i psychoprofilaktyki jest w chwili obecnej bardzo trudne. My nawet nie zdajemy sobie sprawy z własnego zdziczenia. Przechodzimy obok najbrutalniejszych zjawisk obojęt­nie, ponieważ już nas wychowano w dzikości i okrucieństwie. Tolerujemy, a nie­którzy nawet popierają pięściarstwo, chociaż chwila zastanowienia wystarczy na to, aby sobie zdać sprawę z niebezpieczeństwa tego typu zawodów rozgrywają­cych się na naszych oczach, nawet w nastroju entuzjazmu. A przecież człowiek człowiekowi dla sportu i uciechy widzów zadaje lub ze wszystkich sił usiłuje zadać cios, który ma na celu wywołanie niebezpiecznego wstrząśnienia mózgu (commotio cerebii), gdyż na tym właśnie polega nokaut. Już niejeden pięściarz stracił życie na ringu. A wszyscy bez wyjątku po pewnej liczbie takich wstrząś- nień wykazują ciężkie objawy ze strony mózgu pod postacią otępienia lub organicznych zaburzeń charakteru (dementia et chaiacteropathia puglistica).

Wywody moje w tym miejscu mają jednak inne zadanie, chociaż przestroga przed grożącym pięściarzom organicznym uszkodzeniem mózgu jest oczywiście bardzo doniosła. Zajmuje mnie w tej chwili wychowawcza strona tego rodzaju widowisk i tego rodzaju zaprawy sportowej. Wystarczy spojrzeć na zamiesz­czone obok zdjęcia z zawodów pięściarskich. Lekarza musi ogarnąć uczucie zgrozy, gdy spojrzy najpierw na pogodną twarz pięściarza tuż przed rozpoczęciem walki, a zaraz potem na straszliwe zniekształcenie tej twarzy po otrzymaniu lewej prostej. Dzieje się to jawnie na oczach wszystkich, również na oczach lekarzy, którzy będą powołani do leczenia skutków tego brutalnego ciosu. Upośledzenie urody nie jest jednak w ocenie psychiatry czynem tak wstrząsającym, jak wywołanie ostrych zaburzeń świadomości. Pięściarz przedstawiony na ryc. 2 otrzymawszy cios zasłabł i upadł. Stan jego świadomoś­ci określono przymiotnikiem groggy. Określenia takiego używa się na określe­nie zamroczenia alkoholowego. Dla psychiatry stan ten może oznaczać coś znacznie niebezpieczniejszego, chodzi tu bowiem o etiologią pourazową, pod którą kryć się może bardzo poważne uszkodzenie tkanki mózgowej.

Wystarczy obserwować rozentuzjazmowane tłumy podniecające się wido­kiem walk pięściarskich lub równie ohydnym widokiem walki byków. Najtra­giczniejsze wrażenie robi na nas entuzjazm dzieci, młodzieży, kobiet. Chciałoby się, aby istoty te były wolne od dzikich, niegodnych cywilizowanego człowieka uczuć okrucieństwa. Sport tego rodzaju pociąga za sobą dwojakie groźne spo­łecznie następstwa. Po pierwsze, doprowadza do stępienia uczuciowości wyż­szej, do zaniku takich uczuć ogólnoludzkich, jak współczucie dla człowieka cierpiącego, jak samarytańska gotowość niesienia pomocy zagrożonemu bliź­niemu, ale i zwierzętom, które również cierpią. Po wtóre, równolegle z demora­lizacją wytwarza się również w masach ludzkich błędny pogląd na znaczenie i ważność mózgu ludzkiego. Każdy rozumie, że nie wolno bić w telewizor, bo się zepsuje; ale w mózg ludzki wolno (Grabowska, 1964). Ten precyzyjny instru­ment, najcudowniejszy, najzawilszy w swej budowie i funkcjach aparat, zdu­miewający twór przyrody stanowiący siedzibę ludzkiej psyche i źródło podbo­ju wszechświata ? ta cudowna maszyna cybernetyczna, produkowana przez przyrodę w miliardach egzemplarzy, jest otoczona niezrozumiałą pogardą i god­nym napiętnowania lekceważeniem.

W tym miejscu z uczuciem dumy trzeba przytoczyć uchwałę Zarządu Polskie­go Towarzystwa Psychiatrycznego z dnia 4 kwietnia 1964 r. w sprawie humanitaryzacji pięściarstwa w myśl założeń psychoprofilaktyki. Brzmi ona jak na­stępuje:

?Biorąc pod uwagę zdarzające się na całym świecie często wypadki zgonów i cięż­kich okaleczeń zawodników w czasie walk pięściarskich, biorąc również pod uwagę późne następstwa wyniesionych z tych walk wstrząśnień i stłuczeń mózgu pod postacią trwałych zaburzeń psychicznych otępiennych i charakteropatycznych, uwzględniając również zły wpływ wychowawczy widowisk pięściarskich, prowadzonych brutalnie i bez zabezpieczenia mózgów zawodników, Zarząd Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego uchwala zwrócić się do władz partyjnych i rządowych o spowodowanie zakazu organi­zowania zawodów pięściarskich w obecnej niehumanitarnej i niebezpiecznej dla zdrowia zawodników formie. Zdaniem psychiatrów zawody pięściarskie powinny być zreformo­wane na wzór zawodów szermierczych, z których wyeliminowano pozostałości dawnych krwawych pojedynków, a pozostawiono tylko szlachetne współzawodnictwo sportowe. W szczególności głowa pięściarzy, mieszcząca w sobie wrażliwy na urazy mózg, powin­na być chroniona kaskiem, a ciosy powinny być zadawane symbolicznie, z bezwzględ­nym ominięciem czaszki zawodnika”.

W wielu krajach lekarze, szczególnie psychiatrzy i neurolodzy, podejmowali walkę z pięściarstwem, prawie bez wyjątku jednak na przeszkodzie stała chci­wość przedsiębiorców. Ostatnio szwedzkie ministerstwo sprawiedliwości zapo­wiedziało przedłożenie parlamentowi projektu całkowitego zakazu uprawiania boksu w Szwecji. Jako motyw podano, że pięściarstwo staje się coraz bardziej niebezpieczne dla zdrowia zawodników, że nie ma wartości wychowawczych, a w przypadku zawodowców boks przestał być w ogóle sportem, jest natomiast okazją dla grubych i nie zawsze czystych interesów. Projekt wymierzony jest głównie przeciwko pięściarstwu zarodowemu. Natomiast co do boksu amator­skiego żąda się jedynie przyjęcia przez Szwecję zaleceń komisji lekarskiej Ra­dy Nordyckiej w sprawie ochrony zawodników. Zalecenia te są bardzo rygo­rystyczne i uniemożliwiają w praktyce przeprowadzanie zawodów. W łonie Rady Nordyckiej nie ma zresztą jednomyślności. Wielu członków domaya się tylko zaostrzenia przepisów o ochronie zdrowia zawodników we wszystkich gałęziach sportu.

Jak dotąd nie zareagowano na apel Zarządu Polskiego Towarzystwa Psychia­trycznego. W dalszym ciągu odbywają się widowiska pięściarskie bez zabezpie­czenia mózgu. Nie zwraca się też zupełnie uwagi na ujemny wpływ wychowaw­czy zarówno widowisk pięściarskich, jak i wszelkich innych spektakli, z któ­rych płynie w masy dzieci, młodzieży i dorosłych fałszywa i moralnie zgubna sugestia wychowawcza. Dotyczy to np. filmów wesołej treści, które bawią pub­liczność scenami nokautu, tak jakby to było bardzo zabawne. W filmach tych przedstawia się cios w głowę zadany pięścią lub tępym narzędziem, tak jakby wywołane w ten sposób wstrząśnienie mózgu nie pociągało za sobą żadnych następstw poza chwilową utratą przytomności. Uderzony wstaje po chwili i nie zdradza żadnych objawów, chociaż po takim urazie muszą być objawy i to bar­dzo poważne. Widowiska takie szerzą więc fałszywy pogląd wśród ludzi, że cios w mózg nie jest szkodliwy. Wytwarza się w ten sposób lekceważący sto­sunek do tego narządu. Mali chłopcy bawią się w pięściarzy. Jest to jedną z przyczyn wzrostu przestępczości wśród nieletnich. Mali przestępcy wychowa­ni na filmach kryminalnych i na igrzyskach pięściarskich odznaczają się okru­cieństwem.

Higiena psychiczna i psychoprofilaktyka prowadzą walkę nie tylko ze zdzi­czeniem, ale i z lękiem. Szczęśliwi, którzy nie przeżywali lęku. Jest to jedno z najdokuczliwszych cierpień. Powstało w świecie zwierzęcym jako urządzenie alarmowe na wypadek niebezpieczeństwa. Urządzenie to u człowieka, chociaż niejednokrotnie spełnia swoje biologiczne zadanie, bardzo często odrywa się od swego celu i nęka bez potrzeby. Jeżeli lęk jest dopustem chorobowym, to trudno. Medycyna rozporządza różnymi sposobami uśmierzania lęku jako zja­wiska patologicznego. Bardzo ważnym zadaniem psychoterapii jest zwalczanie stanów lękowych, towarzyszących różnym chorobom. Ale jeszcze większe zna­czenie ma psychoprofilaktyka stanów lękowych ? jedno z najważniejszych zadań nowoczesnej higieny psychicznej. I tutaj trzeba stwierdzić, że walka z lękiem ma doniosły aspekt wychowawczy, zresztą obo­sieczny. Tak jak ból, tak i lęk nie da się bowiem usunąć z życia jednostek i zbio­rowisk ludzkich. Ma on swoje zadanie nie tylko biologiczne, ale i społeczno- -wychowawcze. Nie wierzmy w to, aby legendarni bohaterowie nie wiedzieli, co to jest lęk. Ich nieustraszona postawa jest wynikiem samoopanowania, które zdobywa się w wyniku celowych ćwiczeń wychowawczych, przeprowadzanych począwszy od wieku dziecięcego. Są ?lękowcy” trapieni dokuczliwym strachem z byle powodu, którzy jednak swój przykry stan uczuciowy potrafią ukryć przed ludźmi, panując nad swoją mimiką i pantomimiką. Bojaźliwość lub od­waga są wprawdzie w dużym stopniu cechami wrodzonymi, jednakże daleko większą rolę odgrywają mechanizmy wyrównawcze, nabyte dzięki wychowa- nią. Można dziecko zaprawiać do opanowania lęku, hartując owe mechanizmy kompensacyjne. Dziecko musi jednak wiedzieć, że celem tych metod wycho­wawczych jest wyrobienie charakteru. Natomiast z życia osobniczego i zbioro­wego usunąć trzeba niepotrzebny lęk, który nie hartuje, lecz łamie najwytrzy­malszy charakter. Wkraczamy tutaj w szerokie i rozległe pogranicze z peda­gogiką, która stanowi pierwszy etap wstępny wszelkiej psychoprofilaktyki i psychoterapii.

Każdy człowiek wyposażony jest przez przyrodę w alarmowe urządzenie lę­kowe, które ma przestrzegać bezpośrednio lub pośrednio przed niebezpieczeń­stwem śmierci. Tak jak zwierzęta bywają bardzo bojaźliwe lub odważne, tak i ludzie, jedni drżą o swe życie, inni nie tak bardzo lub wcale nie. Odwaga u zwierząt wynika często z nieświadomości grożącego niebezpieczeństwa; u człowieka również. Dziecko igra z niebezpieczeństwem, bo go nie rozumie. Tak samo młodzi motocykliści. Najodważniejszy w tym znaczeniu człowiek zadrży jednak ze strachu, gdy śmierć zajrzy mu w oczy. Można wychowywać dzieci ćwicząc ich zdolność opanowywania przejawów lęku, ale można i sam lęk jako taki zapobiegawczo tłumić, nie dopuszczać do jego zbyt łatwego powsta­wania. Błędne wychowanie może ? na odwrót ? ćwiczyć i usprawniać reakcje lękowe, a zarazem nie wyrabiać zdolności ich zewnętrznego opanowywania lub dysymulowania. W nerwicach lękowych wytwarza się odruch lęku w sy­tuacjach, które kojarzą się z tematyką śmierci tylko pośrednio lub symbolicz­nie. Lęk przed piorunami (keiaunophobia) jest zrozumiałym lękiem przed nag­łą śmiercią od pioruna. Ale już lęk przed ciemnością nocy (nyktophobia) tylko pośrednio zdradza tematykę śmierci: wywodzi się ze straszenia dzieci duchami lub złodziejami. Lęk przed ostrymi narzędziami (aichmophobia) jeszcze bar­dziej pośrednio kryje w sobie tematykę śmierci. Bywają jednak stany lękowe, w których tematyka śmierci jest jeszcze bardziej ukryta; zazwyczaj dopiero głębsza analiza potrafi wykryć owe powiązania. Do takich stanów lękowych trzeba zaliczyć obawę przed zachorowaniem (nozophobia) lub obawę, czy też aby zauważone u siebie samego zjawiska nie są przejawem lub zapowiedzią śmiertelnej choroby. Zgłaszający się do lekarza chory, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie, zawsze boi się pośrednio śmierci. Może nadrabiać miną lub dy- symulować ? lekarz musi się zawsze liczyć z owym atawistycznym lękiem przed śmiercią. Lęku tego nie wolno lekarzowi powiększać pod groźbą hipochondryzacji chorego, wytworzenia w nim nerwicowego odczynu lękowego.

Czy rzeczywiście lekarze liczą się z tą zasadą psychoprofilaktyki? Już od pierwszego roku studiów lekarskich zaprawia się ich do obiektywizmu wobec zjawiska śmierci. Lęk przed zwłokami (neciophobia) przynoszą studenci z do­mu rodzinnego, gdzie od dziecka chowano ich w atawistyczno-zabobonnym stra­chu przed upiorami. Prosektorium odstrasza niejednego pierwszoroczniaka. Zo­stają tylko twardsi, u których nekrofobia wyrażona jest nieznacznie lub którzy potrafią zapanować nad uzewnętrznieniem obrzydzenia i lęku. Niektórym dysymulacja ta udaje się z trudem, inni sięgają po mechanizmy hiperkompensacyjne. Pamiętam kolegów, którzy w prosektorium ostentacyjnie spożywali sobie bułeczkę z szynką, aby okazać swe samoopanowanie. W miarę studiów młodzi lekarze muszą w sobie wyrabiać wewnętrzną lub przynajmniej zewnętrzną obo­jętność wobec problematyki śmierci, która ich zewsząd otacza. Z czasem obo­jętnieją na widok śmierci i agonii, ale zarazem obojętnieją też wobec cierpień ludzkich. Widok obrzydliwości, zapach smrodów, jęki cierpiących chorych, bez­względne okrucieństwo przyrody, na której łonie lęgnie się choroba i wzajem­ne pożeranie się istot żywych ? wszystko to wyrabia w lekarzu metodycznie i celowo postawę obojętnego, obiektywnego, uczuciowo nie zaangażowanego widza, badacza, eksperymentatora. Niejeden szedł na medycynę, aby ? jak to się mówi ? nieść pomoc cierpiącej ludzkości. Studia lekarskie wyrabiają oschłość serca. Zabijają ludzki współczujący stosunek do cierpienia bliźnich. Wytwarzają jatromechanistyczną postawę, która każe nie widzieć w zwłokach i w chorych ludziach czynnika psychicznego; uczy nie widzieć lęku przed śmier­cią, który kryje się w spojrzeniu biednych, zagrożonych chorobą, cierpiących ludzi. Postawa jatromechanistyczna stanowi paradoksalną negację istoty me­dycyny, a zarazem szczytnego powołania lekarza, który przestaje być lekarzem z chwilą, gdy umilkło w nim współczucie dla cierpiącego człowieka.

Sam kiedyś leżałem po ciężkiej operacji na dużej, 70 łóżek liczącej sali cho­rych. Przepełnienie było niebywałe. Codziennie rano w czasie obchodu siostra, zresztą istota bardzo poczciwa, składała sprawozdanie chirurgom co do wol­nych łóżek: ?…dwóch tej nocy umarło: Kowalski i Nowak. Wiśniewski na pew­no dzisiaj umrze, a Lewandowski i Kaczmarek też długo nie pociągną. Do pół­nocy chyba będą trzy łóżka wolne…” Zainteresowani chorzy słyszeli ten miły prognostyk i skręcali się ze strachu. Może niejeden nawet ze strachu umarł. Ne­gatywna ta psychoterapia nie raziła nikogo z personelu lekarsko-pielęgniarskiego. Tylko chorzy opowiadali sobie na ten temat cmentarne kawały. Takich brutalnych rozmów może się już dzisiaj w obecności chorych nie prowadzi, ale analogiczne urazy psychiczne i dzisiaj się zdarzają. Na opisanej wyżej sali cho­rych agonia umierających odbywała się na oczach wszystkich. Sąsiedzi umie­rającego odmawiali pod wodzą siostry modlitwy za umierających. Dzisiaj wy­nosi się zawczasu chorego, który jest w ciężkim stanie, tak aby jego agonia nie odbywała się publicznie. Chorzy zresztą wiedzą, co znaczy takie wyniesienie, z którego już nie ma powrotu. Są oddziały z dużą śmiertelnością. Śmierć bywa tam codziennym gościem. Nie da się tych faktów ukryć, zwłaszcza że bywają i zgony nagłe lub niespodziane. Zakład anatomii patologicznej z kaplicą przed- pogrzebową mieści się opodal. Trzeba było długich walk, aby znieść posępny obyczaj towarzyszący wynoszeniu co znamienitszych zwłok; orkiestra dęta, co sił w trąbach, przygrywała nieboszczykowi ?Spij kolego w ciemnym grobie”. A tutaj na salach chorych psychoterapeutycznie nastrojeni lekarze zalecają radosny uśmiech, pogodny nastrój, wiarę i optymizm. Lekarze przy chorych mówią o wyniku sekcji zwłok ? są przecież sami za pan brat ze śmiercią. Mó­wią z przyrodniczą przedmiotowością o zejściu śmiertelnym, pogorszeniu w sta­nie zdrowia, złym rokowaniu, podejrzeniu sprawy nowotworowej, tak jak gdy­by chory był tak samo jak lekarz odporny na lęk.

W ten naukowy ton na temat śmierci uderzają za wzorem lekarzy i dzienni­karze i to tacy, którzy jako pedagogowie stoją wysoko i wywierają dobry wpływ wychowawczy. Niech za wszystkie możliwe przykłady starczy nastę­pujący. Znam historię 10-letniego chłopca cierpiącego na wadę serca. Zdecy­dowano operację. Przedstawiono małemu pacjentowi konieczność zabiegu i wi­doki na wyleczenie w barwach pogodnych. Chłopiec zgodził się i czekał na wyznaczony termin z ufnością. Nagle popadł w ciężki stań depresji reaktywnej i stracił zaufanie do dorosłych. Dlaczego? Bo oto przeczytał w ?Płomyczku” z dnia 16?31 VII 1962 r. we wstępie do artykułu o sztucznym sercu: ?Czy wie­cie, że corocznie umiera w Polsce z powodu chorób serca około dwóch tysięcy dzieci?…” A pod koniec pociecha: ?Za pomocą operacji i sztucznego serca ura­towano już życie wielu ludziom… Dzięki wysiłkowi naszych lekarzy i inżynie­rów choroby serca nie będą już pochłaniać tylu ofiar.” Wśród wesołych dowcipuszków o zajączkach i kaczuszkach nagle taki uraz jatrogenny, który w wyo­braźni chorego chłopca zamienił zbawienny zabieg operacyjny w zmorę śmier­telnego strachu. Z przykładu tego widać, jak daleko musi sięgać myśl psycho- profilaktyczna.