Patogeneza nerwic

Odkrycie podłoża organicznego ciężkich stanów nerwicowych, histerii, neura­stenii, stanów hipochondrycznych, fobii, tików, kurczu pisarskiego i innych nerwic zawodowych, natręctw myślowych itd., nie powinno w umysłach czy­telników doprowadzić do przekonania, że straciły tym samym na znaczeniu- w patogenezie nerwic urazy psychiczne i czynniki reaktywne. Ich rola jest ogromna i częstokroć dopiero na skutek nich ujawniają się i pozwalają się- wykryć zmiany organiczne w mózgu, gdyż zwracają na siebie uwagę chorego- i jego otoczenia. Zanik kory mózgowej zasadniczo nie boli, może tylko powo­dować stopniowy spadek napędu psychoruchowego i nie dające się z początku we znaki objawy dementywne lub charakteropatyczne. Dopiero gdy na tym podłożu pojawiają się objawy nerwicowe, wówczas jest powód do skierowa­nia chorego na badanie psychiatryczne, które może wykryć głębszą warstwę- psychoorganiczną. Ale bywa też i odwrotnie. Zaczyna się od czystej psycho- genezy stanu nerwicowego, który dopiero wtórnie prowadzi do zmian orga­nicznych mózgu. W jaki sposób? Różnymi drogami. Chory dolegliwości swoje stara się uśmierzyć alkoholem, środkami przeciwbólowymi, nasennymi, koją­cymi, uspokajającymi, narkotykami i zatruwając się przewlekle popada w na­łóg, który z kolei niszczy mu narządy miąższowe i mózg. Innym sposobem który broniąc się obiera chory samorzutnie lub za radą niefortunnych lekarzy,, jest nałożenie sobie rygorów leczniczych bardzo szkodliwych dla mózgu. Jed­nym z takich szkodliwych rygorów jest zaniechanie ruchu, aktywności, pracy, wysiłków cielesnych i umysłowych, zaprawy sportowej, nauki szkolnej itd. Tę samą szkodliwą rolę odgrywają surowe przepisy dietetyczne, narzucone choremu z powodu błahych z początku dolegliwości nerwicowych. Przewód pokarmowy potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania materiału do pracy, w przeciwnym razie wydelikaca się, staje się nieodporny na trudniej strawne pokarmy i coraz częściej zapada na niestrawność, która skłania cho­rego do jeszcze surowszej diety. Wiara w szkodliwość pewnych pokarmów, zaszczepiona zdrowym ludziom przez zbyt ostrożnych lekarzy, prowadzić może do najbardziej absurdalnych następstw, nawet do obrazu klinicznego, który nasuwa konieczność różnicowania między tak powstałym charłactwem a zespo­łem Glińskiego-Simmondsa. Zdarzają się chorzy, którym zakazano stopniowo spożywania białka, tłuszczów, węglowodanów, witamin, właściwie wszystkie­go. Opanowanie psychoterapeutyczne tych nieszczęśliwców jest zadaniem nie­słychanie trudnym, ponieważ powołują się oni na powagi lekarskie najwyższej rangi, a zresztą z biegiem czasu, odzwyczaiwszy przewód pokarmowy od spo­żywania wielu potraw, spostrzegają rzeczywiście, że pokarmy te im szkodzą, ilekroć odważą się je spożyć. Nieprawidłowe odżywianie ma z kolei wpływ na skład soków trawiennych. Zresztą sam lęk przed jedzeniem już na drodze ko­rowo-trzewnej może wywierać taki wpływ. Następuje z kolei badanie treści żołądkowej, które potwierdza obawy internisty i samego chorego w tym kie­runku. Rozsądny internista zorientuje się szybko, że ten somatyczny stan rze­czy jest następstwem psychogennych zahamowań i przez odpowiednie poucze­nie chorego i dodanie mu odwagi odwróci jeszcze w porę grożące niebezpie­czeństwo. Jednakże nie każdy chory ma szczęście oddania swego zdrowia pod opiekę rozsądnemu lekarzowi. Jeżeli trafi na nierozsądnego, który nie zgłębił tajemnic psychoprofilaktyki i psychoterapii, to otrzyma nowy potężny cios jatrogenny; posypią się na niego mianowicie nowe zakazy i groźne przewidy­wania, które wkrótce zmuszą go do jeszcze surowszych i wyniszczających rygorów dietetycznych. Zamiast smacznych potraw chory będzie zażywał mnóstwo leków, z których każdy z osobna zdaje się być nakazem logiki, a wszystkie razem prowadzą chorego do zatruwania się. Z upływem czasu wskutek nieaktywności powstają nieodwracalne organiczne zmiany w prze­wodzie pokarmowym. Odpowiednio też zmienia się psychika chorego, skaza­nego na egotyzm.

Podobne zjawisko widują stomatolodzy. Zbyt troskliwa matka nie­dorozwiniętego umysłowo dziecka, którego rozwój fizyczny jest znacznie opóź­niony, nie uczy go spożywania stałych pokarmów. Powołuje się przy tym na własne spostrzeżenia: dziecko żąda tylko płynnych pokarmów, najwyżej papkowatych, podawanych mu łyżeczką do buzi; dziecko nie chce rzekomo jeść pokarmów twardszych, wypluwa je, odtrąca; ma już kilka lat i jeszcze się nie nauczyło jeść, tylko pije. Można się wówczas przekonać, że uzębienie takiego dziecka jest w fatalnym stanie. Matka odwraca porządek przyczynowy: dziecko nie chce jeść, bo ma słabe zęby. A prawda jest wręcz odwrotna: ponieważ nie gryzie twardych pokarmów, to ma zęby w zaniku. Nie da się tym matkom tej prostej prawdy wpoić w świadomość. Trzeba dziecko matce odebrać. Na Oddziale Psychiatrii Dziecięcej Akademii Medycznej w Gdańsku stwierdzamy w takich przypadkach, że pod opieką obcych pielęgniarek dziecko już po paru dniach gryzie coraz twardsze przedmioty, co matka czasem już po tygodniu ze zdumieniem stwierdza. Po upływie pewnego czasu uzębienie dziecka się wzmacnia. Nie tylko, mózg, ale i ząb potrzebuje do swego życia i czynności pracy oraz aktywności. Przebywający dawniej w lochach w wiecznej ciemnicy skazańcy tracili wzrok; ich siatkówka ulegała z braku pracy zmianom zaniko­wym. Zanikają oczy u zwierząt żyjących w ciemnościach. Zanikają mięśnie u ludzi, którzy ich oszczędzają; natomiast rozrastają się u sportowców i ro­botników. Rozrasta się też i mięsień sercowy u ludzi pracujących fizycznie. Ale bardzo łatwo jest ich postraszyć radiologicznie stwierdzoną sylwetką serca lewokomorową. Od chwili takiego urazu jatrogennego odpowiednio dyspono­wani chorzy martwią się, zamiast się cieszyć, i nawiedzają dalszych lekarzy.

Lekarz, który stara się ?zdrowego jeszcze chorego” uspokoić, uchodzi w oczach pacjenta za ignoranta lub za lekarza, który lekceważy sobie zdrowie chorego, bo przecież on wie, że ma ?powiększenie serca” ? bardzo groźny stan.

Taka też bywa geneza owej osławionej ?nerwicy serca” ? cierpienia, które albo wcale nie istnieje, a jeżeli istnieje, to jako jakaś niezwykła rzadkość, której w żaden sposób nie udaje się psychiatrom w ich wieloletniej praktyce spotkać ani w życiu, ani na stole sekcyjnym. U zwierząt również nie znana jest taka jednostka. Jako historyk medycyny nie wiem, kto ją pierwszy wy­myślił. Powstała ku utrapieniu zdrowych ludzi, którym wmówiono chorobę serca. Chorzy, którzy się zgłaszają masowo z tego rodzaju rozpoznaniem, są z zasady głęboko przekonani, że nerwica serca jest chorobą serca, a nie ukła­du nerwowego; a nawet jeżeli układ nerwowy wchodzi w grę, to przecież daleko ważniejszą jest rzeczą, że ?mam chore serce”. Biedni ludzie podstawiają pod to rozpoznanie najstraszliwsze wyobrażenia, z groźbą nagłej śmierci na czele. Lekarze, którzy lekkomyślnie przybijają pacjentów tego rodzaju roz­poznaniem, nie zdają sobie sprawy ze spustoszeń, które powodują w wyobraźni i w życiu nieszczęśliwca. Bieg wypadków jest zwykle następujący. Ktoś wraż­liwy przeszedł grypę. Nasłuchał się o tej chorobie i jej skutkach bardzo dużo. W przebiegu zarazy zdarzają się zgony. Może właśnie on będzie miał tego pecha. Na myśl o tym bije mu serce. Biło mu zresztą mocno, gdy miał gorączkę. Leżąc w łóżku wsłuchuje się w kołaczące serce, sprawdza swoje tętno, popada w stan samoobserwacji lękowej. Po spadku gorączki wstaje. Nogi jak z gumy. Jest osłabiony. A serce kołacze, mało z piersi nie wyskoczy. Najlepiej się znowu położyć i nie ruszać się, bo może każdy ruch spowoduje śmierć. Za­troskana rodzina przywołuje lekarza. Czasem wzywa karetkę pogotowia. Jeżeli ktoś ma pecha, to natrafi na lekarza straszaka. Osłuchuje, bada, mierzy ciśnie­nie, marszczy brwi i wyrzuca z siebie straszne rozpoznanie: nerwica serca. Nie wyjaśni, nie uspokoi, nie uśmiechnie się, tylko straszy. Robi zastrzyk, zostawia receptę, zaleca spokój, daje zwolnienie chorobowe. Wystraszony cho­ry na wszelki wypadek woli pozostać w łóżku, ?żeby nie osłabiać serca”. Kiedy po paru dniach leżenia chory znowu próbuje wstawać z łóżka, stwierdza z nie­pokojem, że serce bije jak młotem. Jeżeli w tym okresie natrafi na lekarza, który zada sobie trud wyperswadowania choremu, w słowach dostosowanych do jego poziomu intelektualnego, że osłabienie po grypie i kołatanie serca, to nic groźnego, to zwykłe objawy, które przeminą; serce jest zdrowiusienkie, nic choremu nie grozi; niech stopniowo wróci do swoich zajęć i niech się nie oszczędza, serce na skutek pracy i wysiłków nie osłabnie, lecz przeciwnie, wzmocni się. Niestety nie wszyscy lekarze mają czas i ochotę chorych uspoka­jać. Nie wszyscy też rozumieją, że w takiej i w wielu podobnych Chwilach decydują o losach przyszłej, hipochondrii, że stają się jatrogennymi sprawcami urojonych cierpień chorego. Odtąd bowiem chory, przeświadczony, że ma cho­re serce wymagające oszczędzania, będzie na przekór zdrowemu rozsądkowi unikał wysiłków fizycznych, wskutek czego nawet po niewielkich wysiłkach będzie odczuwał zadyszkę i kołatanie serca, co z kolei będzie brał za nowy dowód osłabienia. Jeżeli w takim stadium rzekomej nerwicy serca wpadnie przypadkiem w ręce lekkomyślnego specjalisty, który napisze po polsku (cho­ciaż całość opisu elektrokardiogramu utrzymana będzie w niezrozumiałych dla chorego symbolach i obcojęzycznych terminach), że stwierdza cechy niedotle­nienia mięśnia sercowego lub uszkodzenia, co chory uważa za groźniejszy znak niż uszkodzenie II stopnia, to los naszego chorego będzie przypieczętowany i żaden psychoterapeuta nie wybije mu z głowy ciężkiej choroby serca, która grozi zawałem i śmiercią. W przypadkach tak jeszcze daleko posuniętych, gdy chory powołuje się na kołatanie serca jako dowód, że ma chore serce, mam zwyczaj porównywać jego rozumowanie w sposób trywialny do rozumowania kogoś, kto widząc, że pies macha ogonem, sądziłby, że pies ma radość w ogonie. Dla większości chorych porównanie to wyjaśnia dosadnie psychogenezę kołatania serca.

W analogicznym położeniu znajdują się ludzie, którym wpojono przesadny lęk przed przeziębieniem. Ludzie ci walczą z przeciągami, prze­grzewają się unikając chłodu, ubierają się zbyt ciepło, krótko mówiąc ? robią wszystko co możliwe, aby zmusić do bezczynności naturalne urządzenia termoregulacyjne, którymi rozporządza każdy ustrój żywy. Urządzenia te wyma­gają od lat dziecięcych zaprawy. Dzieci i dorośli żyjący na łonie natury nie myślą o niebezpieczeństwie przeziębienia. Dzieci boso i półnago biegają po śniegu. Marynarze wiszą na maszcie, mając obnażone szyje. Nie kichają ani nie kaszlą. Nie boją się też. Przeciwstawmy tym typom maminsynka, którego nie wypuszcza się z domu, jeżeli pogoda jest wietrzna i dżdżysta. Sprawa za­czyna się zazwyczaj od błahego nieżytu nosa, od niegroźnego bronchitu, od anginy, która szczęśliwie przeminęła. Przeczulona matka uruchamia od lej chwili cały arsenał zapobiegawczy, który ma uchronić od przeziębienia. Oto­czenie po kilku nieudanych próbach hartowania dochodzi z zasady do wniosku, że dziecko ma skłonność do przeziębień. Inna rzecz, że nawet w najbłahszych stanach nawykowego przeziębienia należy dziecko dokładnie zbadać. Owa skłonność do przeziębień może być bowiem wywołana przewlekłą infekcją migdałków, w których znajdują się żywe drobnoustroje, gotowe w sprzyjają­cych warunkach stać się zawiązkiem nowej sprawy zapalnej. W przypadkach takich należy usunąć ognisko infekcji, ale przy tym należy uważać, aby dziecko lub człowiek dorosły nie ulegli hipochondryzacji, stanowiącej zaczątek nerwicy. Patomechanizm ten jest modelem genezy stanów nerwicowych, u podstaw któ­rych leży paradoksalna troska o własne zdrowie.