Psychogeneza zjawisk nerwicowych

Przeważająca większość lekarzy różnych specjalności nie zna zagadnienia ner­wic i nie rozumie pojęcia psychogenezy zjawisk nerwicowych. W histerii i jej przebogatej symptomatologii lekarze jakby nie widzieli nic więcej, jak tylko udawanie i komedianctwo. Zbliżone do laickich bywają również wyobrażenia wielu lekarzy na temat innych nerwic, neurastenii, psychastenii, nerwic lęko­wych (fobii), nerwic ruchowych, nerwic płciowych itd. Przeważnie góruje tutaj mechanistyczne wyobrażenie nerwów, niby jakichś delikatnych drutów czy przewodów, w których energia może wygasać lub napinać się, które też mogą się poplątać, porwać, potargać. Mętne te wyobrażenia przenikają do publicznoś­ci i od tej publiczności powracają z powrotem do umysłów lekarzy, gdzie łączą się z wyniesionymi ze studiów szczątkami wiedzy anatomicznej i neurofizjolo­gicznej. W ten sposób powstaje nie tyle pojęcie, co wyobrażenie dystonii neurowegetatywnej, rozstroju nerwowego, wyobrażenie utworzone z mechanistycznego wzorca rozstrojonego fortepianu. W tak pomyślanym rozstroju brak jest miejsca na centralne źródło zaburzeń; rozstrojone są przecież struny leżące na obwodzie. Rola czynnika psychicznego wydaje się przeciętnemu lekarzowi nau­kowo niezrozumiała: woli też jej nie widzieć, woli ją zignorować i w oblicze­niach rozpoznawczych pominąć jako quantité négligeable’. Wszak w tym du­chu szkolono go jako studenta od pierwszego roku. W obliczeniach biochemicznych, dokonywanych przecież na tkance żywej, związanej za życia integralnie z procesami psychicznymi, na temat czynnika psychicznego nie można się wy­powiadać. Miareczkowania i obliczeń dokonywać należy tak, jak gdyby nie istniało coś tak nieobliczalnego, tak nieścisłego, tak nienaukowego, jak czynnik psychiczny. Ta część rzeczywistości przyrodniczej dla studenta medycyny ma nie istnieć; nie istnieje też dla przyszłego lekarza. Psychologia i psychopatologia rozgrywają się w jego wyobrażeniu jakby w innej, metafizycznej płasz­czyźnie.

A tymczasem twarda rzeczywistość stanowi na każdym kroku zaprzeczenie tego ideału jatromechanistów. Kiedy student medycyny zetknie się po raz pierw­szy z żywym pacjentem, stwierdza od razu, że w chorym jest mnóstwo nieścis­łych, nienaukowych, matematycznie nieobliczalnych, tylko podmiotowo ? ale nigdy biochemicznie ? zrozumiałych zjawisk, do których trzeba przystępować i które trzeba rozwiązywać po ludzku, zostawiając gdzieś na boku ogromny ba­last zdobytych w czasie studiów wiadomości ścisłych. Co to znaczy ze stano­wiska nauk ścisłych, że chory się boi, że chory się łudzi, że skarży się na bóle i inne dolegliwości, dla których brak wszelkiego przedmiotowego pokrycia, lub że przeciwnie ? lekceważy ważne objawy, lekceważy też udzielane mu wy­jaśnienia i wskazówki, wskutek czego popełnia oczywiście błędy i brnie upar­cie w tych błędach, nie widząc szkód, które sam sobie wyrządza? Jest takie mnóstwo niedorzeczności, popełnianych przez ludzi pod wpływem przesądów, błędnych zapatrywań, tradycyjnych obyczajów, wzajemnie przekazywanych so­bie sugestii, pod wpływem chwilowych nastrojów pijackich, miłosnych, przy­padkowych, że nie sposób się rozeznać w tym bezliku czynników, które stano­wią przecież zespół przyczyn obecnego stanu chorobowego jednostki i ludności. Osnową różnorakich tych przyczyn jest właśnie życie psychiczne jednostek i mas ludzkich. Aby się zorientować w tym bezliku czynników, które w sumie składają się na etiologię społeczną chorób, lekarz musi dokonywać pewnych uproszczeń, oczywiście kosztem rzeczywistego stanu rzeczy. W tych uproszcze­niach poznawczych najbardziej nęci go wyniesiony z ławy szkolnej ideał jatromechanistycznej ścisłości, wobec czego w swej pracy poznawczej stara się odrzucić z rozumowania wszystko, co nie mieści się w tym matematycznym ideale. Ofiarą tego uproszczenia pada oczywiście wszystko, co psychiczne. Skar­gi chorego nieważne, ważne tylko wyniki pracowniane, cierpienie chorego nie­ważne, ważny tylko interes naukowo-poznawczy. Diagnostyka ważniejsza niż terapia.

Szkiełko mędrca okazuje się jednak przyrządem zbyt nikłym, aby zgłębić ta­jemnicę stanów nerwicowych, których patogeneza wyrasta z życia psychiczne­go jednostkowego i zbiorowego. Szkiełko mędrca nie może sięgnąć do źródeł klęski społecznej nerwic. Mało kto dostrzega, a bardzo wielu nie chce widzieć ogromnych rozmiarów tego zagadnienia, które rozrasta się w miarę rozwoju cywilizacji i czasem tylko w szczególnych okolicznościach ujawni swoją wagę społeczną. Podam przykład ze Stanów Zjednoczonych, zaczerpnięty z zestawień amerykańskiego psychiatry Menningera, autora publikacji ?Psychiatry in a troubled world” (New York 1948; cyt. wg Miillera-Hegemanna, 1961). Autor ten porównał rozpowszechnienie chorób układu nerwowego w czasie I i II woj­ny światowej. Na 15 milionów przebadanych poborowych w II wojnie świato­wej uznano za niezdolnych do służby wojskowej z powodu schorzeń neuropsy­chiatrycznych 1 846 000, podczas gdy w I wojnie światowej na 3,5 miliona ? 69 394. Odsetek schorzeń neuropsychiatrycznych wzrósł więc od pierwszej do drugiej wojny z 2 do 12%. Hospitalizowano podczas I wojny światowej 97 577 chorych neuropsychiatrycznie, w czasie II wojny ok. 1 miliona. W dyskusjach nad przyczynami tych olbrzymich liczb, obrazujących niewątpliwy wzrost cho­rób układu nerwowego, podnoszono różne aspekty zagadnienia. Przypuszczano, że może w I wojnie światowej diagnostyka wśród lekarzy komisji poborowych w Stanach Zjednoczonych stała niżej; chyba nie. Można by może sądzić, że patriotyzm młodzieży amerykańskiej tak znacznie podupadł, że znacznie wię­cej chłopców starało się wymigać od służby wojskowej w II wojnie światowej, prowadzonej znacznie brutalniejszymi sposobami. Jeżeli taki motyw odgrywał rolę, to chyba nie mógł on wpłynąć aż w takim stopniu na tylokrotny wzrost zachorowalności.

Tajemnica moim zdaniem leży gdzie indziej. Szukać jej należy w niebywałej propagandzie metod psychoterapii, z psychoanalizą na czele. Ludność przeszko­lono w autoobserwacji, spotęgowano jej sugestywność i autosugestywność, zhipochondryzowano ją. Popularyzacja wiedzy przyrodniczo-lekarskiej ma swoje cieniste strony. Wytwarza u osób wrażliwych przesadną troskę o zdrowie. Osła­bia hart, zaprawę do pracy i sportu, zmniejsza gotowość do walki o byt. Wycho­wana w dobrobycie młodzież męska, otoczona przez troskliwych rodziców za­pobiegawczą troską o zdrowie nie jest należycie zahartowana fizycznie i psy­chicznie; bywa zniewieściała. Boi się przeciągów, przeziębienia i gwizdu kul. Nie jest życiowo zahartowana. Wpojone jej od wczesnych lat zasady profilakty­ki działają nadal według praw odruchowości warunkowej. Młodzież krajów pod­bitych, która od zarania swego życia stykała się z nędzą i uciskiem, wychowy­wana była w duchu buntu przeciw przemocy, grabieży i pętom niewoli. Ideały wolnościowe kształtowały charaktery w duchu ofiarnej gotowości poświęce­nia się dla wyższych celów. Troska o własną wygodę i zdrowie spotykała się w środowisku z naganą i potępieniem. Typ ?maminsynka” wyśmiewano; był też przedmiotem drwin i pogardy. Wśród młodzieży powstańczej nie było miejsca dla wygodnisiów i słabeuszów. Do wojska chłopcy się rwali. Dziewczęta rów­nież. W tej atmosferze patriotycznego zapału i umiłowania wolności nikt nie symulował i nie migał się od służby na froncie. Chłopcy kilkunastoletni udawali starszych, zatajali swe choroby. Komisje poborowe nie znały problemu symu­lacji, znały tylko problem dysymulacji. W tym duchu matki wychowywały swo­je dzieci. Hartowały je w duchu spartańskim, w duchu ofiary najwyższej w ra­zie potrzeby, ofiary z własnego życia. Entuzjazm ten był nie znany w krajach dobrobytu i pozostał dotąd niezrozumiały dla społeczeństw, które nie zaznały goryczy niewoli. Nawzajem też ? rozpowszechnione tam typy ,,overprutective parents'” były wyjątkową rzadkością dla nas, którzyśmy wzrastali w niewoli. Tak jak my ich zdumiewamy, tak nas zdumiewają owe milionowe armie pobo­rowych, którzy pozwolili się uznać za niezdolnych do wojska z powodu ner­wowości.

W tej diametralnej różnicy atmosfer wychowawczych widziałbym jedną z naj­ważniejszych przyczyn innego z kolei zjawiska społecznego: u nas nie ma wie­lu psychoterapeutów, w Ameryce liczy się ich na tysiące. Przed wojną u nas również tylko jednostki zajmowały się psychoterapią, w Ameryce i innych kra­jach, które wojnę znały z daleka, a zaborów i okupacji w ogóle nie znały, psy­choterapia była zawsze gałęzią praktyki lekarskiej bardzo rozpowszechnioną i wśród ludności popularną. W wielu krajach zachodnich rozkwit czy rozrost psychoterapii z psychoanalizą na czele osiągnął dzisiaj takie rozmiary, że w wie­lu środowiskach wypiera lub wyparł podstawową dla każdej dyscypliny lekar­skiej myśl kliniczną. Psychiatria w wielu krajach zachodnich, mimo wprost ko­losalnego rozwoju wszystkich innych dziedzin medycyny, wykazuje jako dys­cyplina kliniczna uderzające braki. Polegają one na tym, że niebywała liczba psychiatrów zajmuje się w dużych i mniejszych miastach prywatną lub półprywatną praktyką w zakresie psychoterapii, natomiast szpitale psychiatryczne cierpią niejednokrotnie na dotkliwy brak lekarzy. W licznych i dobrze posta­wionych czasopismach psychiatrycznych, również w publikacjach książkowych, przeważa treść psychoanalityczna do tego stopnia, że czasem cenne prace z za ­kresu psychiatrii klinicznej wprost trzeba wyławiać z powodzi rozważań nie- klinicznych. U nas natomiast odczuwa się brak prac poświęconych tym zagad­nieniom. W Polsce jakby nie było zapotrzebowania na psychoterapię, tam wi­docznie jest tylu chorych, że wszyscy lekarze psychoterapeuci mają ?pełne rę­ce roboty”, jak również psychoterapeuci nielekarze.