Blaski i cienie ustawodawstwa socjalnego

Dążeniem socjalistycznej służby zdrowia jest stworzenie takich warunków życia, aby profilaktyka i lecznictwo stały się udziałem każdego człowieka. Każdy miłujący sprawiedliwość człowiek musi uznać niesprawiedliwość wszel­kiej elitarnej służby zdrowia. A już szczególna niegodziwość leży w takim układzie rzeczy, że tylko człowiek mogący płacić ma zapewnione leczenie w przypadku choroby, a człowiek ubogi nie. To samo dotyczy i korzyści pły­nących z nowoczesnych środków zapobiegawczych. Musi to budzić niezado­wolenie, jeżeli jedni żyją w warunkach narażających ich na zachorowanie, ponieważ są ubodzy, a drudzy mogą się trzymać z dala od widma choroby, ponieważ są zamożni. Prawo do zdrowia powinien mieć każdy człowiek, bez względu na swój stan majątkowy. Oczywiście łatwo jest snuć utopijne ma­rzenia na jawie,- a trudno jest stwarzać doskonałe warunki w zetknięciu z twar­dą rzeczywistością. Aby pokonać realne trudności, stojące na drodze do urze­czywistnienia utopii, trzeba najpierw trudności te poznać. Poniższe uwagi kry­tyczne przekazuję z myślą o potrzebach psychoprofilaktyki i psychoterapii w lecznictwie uspołecznionym.

1. Zagadnienie odpłatności usług lekarskich. Jest to sprawa psychologiczna granicząca z wychowawczą. W warunkach praktyki prywatnej wychowano społeczeństwo w przeświadczeniu, że lekarz dobrze opłacony udziela pomocy lekarskiej gorliwie i sumiennie, podczas gdy źle opłacony nie dba o chorego, lekceważy go. Niesumienni i chciwi lekarze przy­czynili się do tej opinii, która krzywdzi ogół. W Kraju Rad, gdzie od dawna już nie istnieje praktyka prywatna, nastroje publiczności są inne. W dyskus­jach na ten temat wskazuje się częstokroć na podobieństwo usług lekarskich do usług sędziów. Nie słyszy się zarzutów, aby sędziowie, dlatego że nie otrzy­mują prywatnego wynagrodzenia, pracowali niezbyt gorliwie lub sądzili stron­niczo. Nieodpłatność usług sędziowskich jest sprawą oczywistą dla każdego obywatela i nie dziwi publiczności. Tak samo powinno być, i w pewnych śro­dowiskach już jest, w stosunku do lekarzy. Rozwój socjalistycznej służby zdro­wia idzie stopniowo w tym kierunku.

W dyskusjach na te tematy poddaje się częstokroć w wątpliwość, czy w ra­mach lecznictwa uspołecznionego możliwa jest tzw. wielka psychoterapia, tzn. zabiegi wymagające wielogodzinnych indywidualnych posiedzeń na wzór choć­by najbardziej uproszczonych seansów psychoanalitycznych. Obecnie w po­radniach zdrowia psychicznego przeznacza się po 40 minut na pierwszorazowe zbadanie chorego, po 30 minut na dalsze porady. Jednogodzinne posiedzenia psychoterapeutyczne wymagałyby przyjęcia do pracy niezliczonej liczby psy­choterapeutów, których w naszym kraju brak. Niewątpliwie jednak w przy­szłości i do tego idealnego celu dojdziemy. Jeżeli zaś chodzi o stronę etyczną, to i tutaj trzeba jasno widzieć i blaski, i cienie. W Stanach Zjednoczonych i innych krajach, których wojna nie dotknęła w znacznym stopniu, jest psycho­terapeutów bardzo dużo, tysiące. Chorzy zamożni mogą sobie pozwolić na opła­cenie psychoterapeutów cieszących się najlepszą opinią. Ale z drugiej strony ubodzy pozbawieni są tam dostępu do dużej psychoterapii. Intratność wolnej praktyki psychoterapeutycznej sprawia, że w szeregi praktyków wkraczają w ogromnej liczbie ludzie niedouczeni, partacze, szarlatani i wydrwigrosze. Jest to źródłem demoralizacji powszechnie znanej, wobec której są bezradne i władze, i zainteresowani pacjenci.

Odpłatność usług lekarskich w tej formie, w jakiej ona ma miejsce w Sta­nach Zjednoczonych, prowadzi w praktyce do elitarności usług lekarskich i w naszych warunkach nie nadaje się w ogóle do dyskusji. Natomiast odpłat­ność jako zasada ma pewne dobre strony. Chory mianowicie ceni sobie i pracę lekarza, i otrzymane świadczenia, jeżeli zapłacił. Nasze ubezpieczalnie społecz­ne przekonały się o tym, że mnóstwo cennych leków przepadło, ponieważ ubezpieczeni ich nie odbierali ? dlatego wprowadzono pewną odpłatność. Tłu­maczy się to jednak względami psychologicznymi. Znamy dobrze naszych pacjentów. Znamy też ich snobizm. Wiara w wyższą wartość leków zagranicz­nych jest tak rozpowszechniona, że trzeba się z nią liczyć jako z faktem psy­chologicznym. Chorzy, częstokroć nie bez winy lekarzy, rujnują się na zakup kosztownych leków zagranicznych, chociaż te same leki produkcji krajowej mają tę samą wartość.

Jeżeli chodzi o zabiegi psychoterapeutyczne, to tutaj warunki psychologicz­ne są wręcz swoiste i trzeba się z nimi liczyć. W przebiegu leczenia występują u chorego bezwiednie opory, których przełamanie jest bardzo ważną częścią postępowania psycholeczniczego. Jeżeli chory sam pracuje i ceni sobie pie­niądze, które sam musi zarobić, to stanowi to bodziec do wytężenia wszystkich sił, aby leczenie jak najbardziej przyspieszyć i skrócić. Ta kategoria chorych współpracuje żywo z lekarzem i zwalcza w sobie przeciwstawiające się leczeniu opory. Zdarzają się natomiast chorzy, za których płaci ktoś inny, rodzina czy ubezpieczalnia, nie nawykli do pracy i nie mający dla niej należytego uznania, chorzy nie dopingowani troską o brak pieniędzy, nie współpracujący dość ener­gicznie z lekarzem, nie wykonujący jego zaleceń, spóźniający się na posie­dzenia; mają oni ostatecznie gorsze wyniki niż pierwsza kategoria chorych. Odpłatność jest więc czasem dodatnim czynnikiem, dodatkowo wspierającym psychoterapię.

  1. Wpływ orzecznictwa inwalidzkiego na postawę chorego. Jest to zagadnienie wielkiej wagi. Chodzi o to, aby komisje le­karskie, w skład których stanowczo powinien wchodzić obeznany z zagadnie­niami psychoprofilaktyki psychiatra, mogły indywidualizować w szerokiej mie­rze. Orzecznictwo w sprawach inwalidztwa i zatrudnienia musi być przepojone troską o prawdziwe dobro poszkodowanego, a nie pozorne, jakim by było zbyt łatwe przyznawanie renty wypadkowej lub inwalidzkiej. Myśl o rencie i obawa utraty raz przyznanej renty są czynnikami demobilizującymi energię życiową człowieka. Stwierdzenie prawdziwej niezdolności do pracy lub prawdziwego obniżenia zdolności do pracy jest rzeczą bardzo trudną, wymagającą dobrej znajomości zarówno cech charakterologicznych i reaktywności człowieka, jak i natury choroby, na którą poszkodowany cierpi. ?Prawdziwej” niezdolności do pracy trzeba bowiem przeciwstawić subiektywne przeświadczenie człowieka, że stał się wskutek choroby niezdolny do pracy. Gdybyśmy temu podmioto­wemu przekonaniu szli na rękę, zyskalibyśmy wprawdzie doraźną pochwałę i wdzięczność zainteresowanego, ale równocześnie skrzywdzilibyśmy go, gdyż osłabilibyśmy w nim chęć do wysiłków fizycznych i umysłowych oraz do aktyw­ności życiowej. Człowiek obdarzony tężyzną życiową broni się przed spensjonowaniem go; przeraża go myśl, że miałby być odtąd inwalidą, rencistą, nie­dołęgą. Orzeczenia w sprawie inwalidztwa muszą być tak sformułowane, aby podtrzymywać w człowieku te zdrowe dążności życiowe. Z drugiej strony zaś orzeczenia te muszą brać chorego w obronę przed nim samym. Tak jak błędem w sztuce orzeczniczej jest przyznawanie renty człowiekowi, dla którego naj­bardziej intensywna praca będzie źródłem energii i zdrowia, tak samo błędem w sztuce jest odmowa renty w przypadku takiej choroby, która rzeczywiście upośledza zdolność do pracy lub w której praca może być czynnikiem pogar­szającym stan zdrowia, choćby sam chory w swym bezkrytycyzmie tego nie potrafił uznać. Dotyczy to rozmaitych jednostek chorobowych, zarówno soma­tycznych, jak i psychicznych. Lekarze komisji orzekających, czy są psychia­trami czy nie, muszą być w pewnym znaczeniu psychoterapeutami, zwłaszcza że oni właśnie szczególnie często stykają się z typami życiowo słabymi, które bezwiednie dążą po linii najmniejszego oporu do zapewnienia sobie za pomocą renty bezczynnego życia, zamiast stawić czoło przeciwnościom życiowym i dojść w życiu wyżej niż do zawodu rencisty. Lekarze orzekający mają moralny obo­wiązek wywarcia wpływu psychoterapeutycznego na słabnące u tych typów ludzi napięcie dążeń. Postawa urzędnicza lekarzy orzekających rozgorycza zainteresowanego i wytwarza w nim trudny do przezwyciężenia odczyn pienia­czy. Natomiast życzliwe, przyjazne, ludzkie wytłumaczenie choremu, że wyrze­kając się pracy i dążąc do renty sam sobie szkodzi i że krzywdzi własną ro­dzinę, niejednokrotnie otwiera mu oczy na własną słabość i na błędne auto­sugestie, których padł ofiarą. Człowiek ten później po latach będzie wdzięczny, że lekarze rozpatrując jego sprawę nie kierowali się dobrym sercem, lecz prawdziwą troską o jego dobro.

3. Nerwice w orzecznictwie inwalidzkim. Na temat ner­wic panuje chaos pojęciowy. Lekarzom zatrudnionym w komisjach orzekają­cych w sprawie inwalidztwa i zatrudnienia czasem nie można się dziwić, że w przypadkach nerwic mają uczucie bezradności wobec sprzecznych poglądów, wypowiadanych na ten temat przez autorytety. Jakże tu żądać od nich kon­sekwencji i odpowiedzialności, jeżeli specjaliści dawno zatracili rozeznanie w gąszczu olbrzymiego piśmiennictwa. Zasiadający w komisjach lekarze pod­kładają pod pojęcie nerwicy zazwyczaj tylko jedno wyobrażenie, mianowicie histerię. Wyobrażają ją sobie z zasady jako coś pośredniego między symulacją a hipochondrią. Komisje, które nie zatrudniały psychiatry, popełniały czasem zabawne pomyłki. Jeżeli z dokumentacji wynikało, że pacjent cierpi na nerwicę, to oddalano jego roszczenia, choćby to chodziło o ciężką nerwicę natręctw. Jeżeli natomiast kierując chorego na komisję użyto określenia psychonerwica, to otrzymywał rentę tak jak gdyby chodziło o psychozę. Obecnie uważamy obydwa miana za synonimy. Ale są psychiatrzy, którzy za wzorem psychiatrów francuskich robią różnice między tymi dwoma pojęciami, oczywiście nie taką, aby z niej wynikał znak równości między psychonerwicą i psychozą. Aby za­mieszaniu temu położyć kres, podam poniżej zwięzły przegląd najczęstszych stanów nerwicowych, tym bardziej że wydane w 1959 r. ?Orzecznictwo lekar­skie do spraw inwalidztwa i zatrudnienia” w rozdziale Cwynara na temat orzecznictwa psychiatrycznego podaje tylko bardzo lakoniczne wskazówki na temat ?psychonerwic”. Cwynar słusznie stwierdza, że ?praca jest dla psycho­patów jedną z najbardziej korzystnych form rehabilitacyjnych, a więc nie ma mowy o przyznawaniu inwalidztwa”. Dlatego zasadę tę w tym miejscu przy­taczam, że autor ten uważa psychopatię za najczęstsze podłoże odczynów rosz­czeniowych.

Aby lekarz mógł zająć właściwą postawę psychoprofilaktyczną i psychote­rapeutyczną wobec przypadku nerwicy, musi znać systematykę reakcji nerwi­cowych w sposób umożliwiający mu jak najściślejsze zaklasyfikowanie bada­nego do odpowiedniej kategorii. Jest to rzecz w praktyce trudna, zwłaszcza że w komisjach zasiadają niepsychiatrzy, a jeżeli nawet zasiadają psychiatrzy, to opierają się na dokumentacji szpitali i poradni, pisanych pod kątem rozmaitej nomenklatury i rozmaitych niejednolitych pojęć psychiatrycznych. Ponieważ nerwicami zajmują się częstokroć i neurolodzy, i interniści, dlatego dokumen­tacja stanowiąca podstawę orzeczeń bywa jeszcze bardziej zagmatwana. Rów­nież sami psychiatrzy zasiadający w komisjach mogą mieć różne poglądy. Po­niższy przegląd ma za zadanie wprowadzić w trudną i rozległą dziedzinę nerwic ład i jasność systematyki klinicznej.

Histeria (pithiatismus) może mieć różny obraz kliniczny, w zależności od układu nerwowego u człowieka. Jeszcze do niedawna można było twierdzić, że odczyny histeryczne występują u psychopatów” predysponowanych do tego rodzaju sposobów reagowania na sytuacje konfliktowe. Nie przecząc, że wa­runki typologiczne odgrywają ważną rolę, podkreślić trzeba z naciskiem ko­rygującą, wyrównującą, demoralizującą i wikłającą rolę wpływów zewnętrz­nych. Podatność reaktywna osobnicza może być wrodzona, od czasu Pawłowa doceniamy odruchowość warunkową, która jest wytworem ? ogólnie mówiąc ? wychowania. Z drugiej strony badania Kliniki Chorób Psychicznych w Gdań­sku nie pozostawiają wątpliwości, że zwłaszcza ciężkie odczyny histeryczne występują przeważnie u osób, które doznały uszkodzenia mózgu w przeszłości (Wdowiak). Owi opisywani w dawnym piśmiennictwie psychopaci histeroidni okazują się w świetle badań klinicznych organicznymi charakteropatami. I ta kategoria chorych nie może więc być zaliczana po dawnemu do klasy czynnoś­ciowych, reaktywnych zaburzeń, bo stokroć ważniejsze jest podłoże organicz­ne tych na zewnątrz się ujawniających zaburzeń histerycznych. Już z tego przy­kładu widać, że łatwo skrzywdzić człowieka, poprzestając tylko na tej zjawis­kowej stronie osobowości człowieka. Chcąc wykryć podłoże organiczne, trzeba niekiedy przeprowadzić żmudne badania kliniczne, od których wyniku zależeć będzie nie tylko orzeczenie, ale i dalsze postępowanie zapobiegawczo-lecznicze. W praktyce spotykamy następujące typy histeryków:

Typ hipochondryczny wymaga przeważnie precyzyjnych badań kli­nicznych, aby dowieść braku podłoża organicznego. Dolegliwości hipochond­ryczne mogą być bezpośrednio lub pośrednio pochodzenia jatrogennego. Na tym przykładzie widać już, jaką ogromną rolę zapobiegawczą i psycholeczniczą od­grywają lekarze. W praktyce orzeczniczej spotykamy przeważnie późne owoce ich działalności. Zresztą już tutaj trzeba zaznaczyć, że wykrycie podłoża orga­nicznego dolegliwości hipochondrycznych wcale nie uprawnia jeszcze komisji lekarskiej do dezaktywizowania chorego. Fakt zmian organicznych w mózgu na­leży za wszelką cenę przed Chorym zataić, gdyż przeświadczenie to może działać na chorego deprymująco i wywoływać niecelowy i szkodliwy odruch obronny, jakim byłoby wstrzymywanie się od wysiłków fizycznych i umysłowych. Infor­macje nasze możemy powierzyć rodzinie chorego, jeżeli jest dostatecznie roz­tropna i choremu rozsądnie życzliwa. Trzeba pamiętać, że dla kory mózgowej nie ma nic zgubniejszego jak nieaktywność. Intensywna praca, nawet jeżeli chory skarży się na męczliwość, jest zbawiennym środkiem zapobiegającym dal­szemu tworzeniu się zaników korowych lub wodogłowia wewnętrznego. W przy­padkach z podłożem organicznym w mózgu używa się po dawnemu określe­nia hipochondrii, chociaż jest ono niesłuszne, gdyż podmiotowym dolegliwoś­ciom chorego muszą odpowiadać jakieś rzeczywiste doznania. Jednakże pod działaniem naszej sugestii leczniczej chorzy ci uczą się nie przywiązywać więk­szej wagi do tych dolegliwości przezwyciężając je, przeciwstawiać im stokroć ważniejsze problemy życiowe. Równocześnie zaś zmierzamy za pomocą pers­wazji rozumowej i metod sugestii ukrytej do wygaszania jatrogennych odru­chów warunkowych, które chorego doprowadziły do egotyzmu i przesady w ocenie własnego zdrowia. Oczywiście sposoby te bywają daleko skuteczniej­sze w przypadkach, gdy odczyn hipochondryczny powstał pod działaniem czys­to reaktywnych warunków patogenetycznych. Zasadą w orzecznictwie, od któ­rej tylko wyjątkowo można odejść, jest jak najsurowsze traktowanie roszczeń inwalidzkich. Żąda się od ubiegającego się o rentę, aby leczenie swoich doleg­liwości łączył z pracą. Niedopuszczalne są zwolnienia chorobowe, leczenie sa­natoryjne, wczasy lecznicze i inne tego rodzaju ulgi. Natomiast przysługują tym chorym wszystkie świadczenia wynikające z ich sumiennej pracy. Pójście na rękę skargom hipochondrycznym, i wynikającej z nich dążności do unikania ruchu, wysiłków, pracy, wałki o byt, bywa jednym z najczęstszych błędów w sztuce, popełnianych przez lekarzy w stosunku do histeryczno-hipochondrycznych typów.

Typ demonstratywny odpowiada najbardziej wyobrażeniom pub­liczności na temat histerii. I tutaj właśnie badania nasze okazały się najbardziej rewelacyjne, gdyż ciężkiej, klasycznej histeroidii bardzo często towarzyszą ukry­te przed okiem świata zmiany organiczne mózgu, stanowiące podłoże demon­stracji chorego. Demonstracje te i egocentryzm są częstokroć bezwiednym dąże­niem człowieka do zwrócenia uwagi otoczenia i lekarzy na dolegliwości, których nikt dotąd nie docenia, które wszyscy lekceważą. Chory agrawując pewne obja­wy lub wręcz je symulując, może w ten sposób demonstrować nie tylko dolegli­wości somatyczne, ale i cierpienia duchowe, wynikające z konfliktowego poło­żenia życiowego. Tak już jest w naszej praktyce lekarskiej, że stykamy się zazwyczaj z ludźmi od lat zaniedbanymi wychowawczo, którzy od najwcześniej­szych lat wyrobili w sobie odruch ucieczki w chorobę. Odruch ten spełniał swo­je zadanie w stosunku do rodziców, roztkliwiał ich, wywoływał wzmożoną troskliwość o zdrowie słabego dziecka i pozostał na całe życie obronnym odru­chem warunkowym w sytuacjach trudnych i konfliktowych. Im wcześniej leka­rze stykają się z zagadnieniami wychowawczymi, tym usilniej powinni szerzyć dookoła siebie zasady higieny psychicznej i psychoprofilaktyki. Typy, które do nas trafiają, są już wytworem ujemnych wpływów otoczenia i nie wyrobionych psychoterapeutycznie lekarzy. Jednak nawet w najbardziej zapóźnionym przy­padku, również w przypadkach sprzężonego typu hipochondryczno-demonstratywnego, znamy obowiązek wywierania na chorego wpływu psycholeczniczego. Poprzez perswazję rozumową i sugestię leczniczą musimy dążyć do zmiany sposobu reagowania chorego. Trudnościom życiowym musi on spojrzeć w oczy i rozwiązać je bez uciekania się do demonstracji histerycznych. Żadnych ko­rzyści nie może mu jego demonstracja przynieść. Mamy obowiązek wytłuma­czyć mu zbawienny wpływ pracy, gimnastyki, sportu, aktywności życiowej i spełniania codziennych obowiązków na jego stan zdrowia. W zaniedbanych przypadkach rola psychoterapeuty jest bardzo niewdzięczna. Chory czuje się obrażony, gdy mu wytkniemy jego błędną reakcję na trudności, które musi rozwiązać inaczej; czuje się pokrzywdzony orzeczeniem, które nie idzie na rę­kę jego podświadomym tendencjom, lecz zmierza do zmobilizowania jego sił życiowych; protestuje, odwołuje się, demonstruje pogorszenie stanu zdrowia,, pomawia lekarzy o niewiedzę, o złą wolę. Przed presją tą nie wolno nam się ugiąć. Poszczególni lekarze, do których chory się zwraca, powinni solidarnie zająć taką samą postawę. Nie wolno tylko wymyślać choremu od symulantów,, histeryków i bumelantów. Chory musi wyczuwać, że decyzja lekarzy wynika z prawdziwej troski o jego dobro, z prawdziwej życzliwości. I kiedyś będzie wdzięczny.

Typ roszczeniowy (typus recompensatorius) jest najbardziej typowym wytworem pewnych błędów. Winowajcami czasem bywają lekarze nie obezna­ni z zasadami psychoprofilaktyki, którzy po wypadku niezbyt groźnym lub na­wet zgoła niegroźnym postraszą poszkodowanego skutkami doznanego urazu. W pierwszym okresie pojawia się zwykły jatrogenny odczyn hipochondryczny,, stanowiący zazwyczaj bezwiedną agrawację doznanej szkody na zdrowiu. Taki sam stan reaktywny może wystąpić nie po wypadku, lecz po jakiejś przemija­jącej chorobie. Drżący o swoje zdrowie chory lub ozdrowieniec, przestraszony bezpośrednio przez niefortunnego lekarza łub pośrednio przez wiadomości niby- -naukowe krążące wśród ludzi, popada w stan samoobserwacji śledzi swoje tęt­no i czynność serca, interpretuje z niepokojem fizjologiczne zjawiska lub nie­winne pozostałości przebytej choroby i stopniowo zaczyna sobie tworzyć wyo­brażenia hipochondryczne. W takiej chwili zazwyczaj za podszeptem kogoś do­świadczonego zaczyna świtać myśl przetworzenia nieszczęścia na szczęście otrzymania renty i zabezpieczenia sobie i rodzinie bytu ? bez pracy. Odległe błędy wychowawcze, mylny stosunek do pracy, urazy jatrogenne, psychogeneza odczynu nerwicowego ? wszystko razem składa się teraz na to, że zdolny do pracy człowiek nabiera przeświadczenia o swej trwałej niezdolności do pracy. Człowiek znajduje się w szczególnych warunkach: opłaci mu się chorować, uchodzić za inwalidę, a z biegiem czasu być naprawdę inwalidą; natomiast nie opłaci się pracować i walczyć w normalny sposób o byt własny i byt rodziny.. Czy poszkodowany ma prawdziwe następstwa doznanego wypadku lub przeby­tej choroby, czy też ma następstwa tylko wmówione lub urojone, wszystko jed­no, gdy o jego inwalidztwie rozstrzyga jego własne podmiotowe poczucie choro­by i słabości. Leczenie tych stanów bywa przeważnie w obecnych warunkach beznadziejne. Chciwość bywa przejawem instynktu samozachowawczego, lecz tutaj instynkt ten oddaje się w służbę spaczonych odruchów warunkowych. Wpływ psycholeczniczy potrafi czasem wywrzeć bardzo wytrawny psychotera­peuta, jeżeli z jego wysiłkami współpracuje szczerze otoczenie chorego i całe środowisko. Poszkodowany staje w określonych terminach do badania kontrol­nego. Stale wisi nad nim groźba utraty renty. Czynnik ten podtrzymuje bezwied­ną chęć demonstrowania złych następstw wypadku, ale jeszcze więcej, świado­mą celu tendencję agrawacyjno-symulacyjną. Walka lekarza jest w tym okresie już tylko klęską psychoterapeutyczną, ponieważ ma on przed sobą dwóch nie­przyjaciół: czynnik patologiczny, do którego zwalczania jest przyzwyczajony, oraz czynnik ludzkiej chciwości, na którego zwalczanie nie posiada w swym arsenale środków. Za powodzenie perswazji rozumowej musiałby bowiem chory ? w swoim mniemaniu ? zbyt drogo zapłacić.

Czy jest wyjście z takiej sytuacji? W dyskusjach ze znawcami zagadnienia podnosi się częstokroć argument, że miesięczna renta jest życiową koniecznoś­cią. Przy kapitalizacji rent ? twierdzi się nie bez słuszności ? w niejednym przypadku położenie życiowe poszkodowanegp pogorszyłoby się. Nie wszyscy są tak zapobiegliwi, aby potrafili z otrzymanego kapitału żyć wiele lat. Wielu lekkomyślnych przefujarzyłoby lub wręcz przehulało lub przepiło fundusz. Tym­czasem skapitalizowanie renty oznaczałoby równocześnie zrzeczenie się wszel­kich praw do niej w przyszłości. Dylemat ten pozostawić trzeba pod rozwagę przyszłym reformatorom ustawodawstwa socjalnego. W każdym razie ze sta­nowiska psychoprofilaktyki trzeba się domagać, aby ustawy nie produkowały roszczeniowców i spokrewnionych z nimi symulantów, lecz mobilizowały ener­gię życiową człowieka, potęgując jego pracowitość, przedsiębiorczość, oszczęd­ność, zapobiegliwość, trzeźwość i inne uczucia wyższe.

Taki czy inny system musi mieć zawsze na uwadze słabe strony natury czło­wieka, wychowanego na ideałach próżniaczego hedonizmu. Należy wychowy­wać ludność w kulcie tężyzny życiowej, samodzielności, uspołecznienia i opie­rania rachub bytowych na własnej, a nie cudzej pracy. Rodzice muszą stosować metody psychagogiczne, aby obywatel od lat dziecięcych był zaprawiany w; spartańskim trybie życia, a mechanizm nerwicowej ucieczki w chorobę stał się tylko dziejowym wspomnieniem. W utopijnym społeczeństwie tak wy­chowanych ludzi psychoterapeuta naprawiający błędy przeszłości stanie się zbędny.