ZWALCZANIE NAŁOGÓW

Leczenie narkomanów łącznie z alkoholikami należy do najtrudniejszych i za­razem najniewdzięczniejszych zadań psychiatrii społecznej i klinicznej. Do le­karzy ogólnych trzeba się jednak zwrócić z apelem, aby w imię psychoprofilak­tyki nie przyczyniali się do powstawania nałogów. Ileż to razy w wywiadach narkomanów stwierdzamy, że punktem wyjścia nałogu było nieopatrzne stoso­wanie środków przeciwbólowych bez koniecznych wskazań. Lekarze zapisują szczodrą ręką środki nasenne, trankwilizatory i wiele innych leków, zapocząt­kowując u swoich chorych farmakomanię, barbituromanię, analgetomanię i in­ne nałogi. Trudno od lekarzy wymagać, aby byli apostołami wszelkiej wstrze­mięźliwości, ale można od nich żądać, aby swoją postawą, wypowiedziami i po­stępowaniem u łoża chorego wywierali wpływ zapobiegawczy. Do tego celu wy­starczy, aby unikali leków, które w przyszłości mogłyby się stać zawiązkiem nałogu. Właściwość tę mają wszystkie środki przeciwbólowe, nawet te najnie- winniejsze. Zapisując analgetica, ograniczyć się należy do najniezbędniejszego minimum i co rychlej dążyć do usunięcia przyczyny bólów. Kunktatorskie i kon­serwatywne postępowanie w przypadkach, w których wskazany jest zabieg ra­dykalny, prowadzi bardzo łatwo do analgetomanii. Karygodne jest sięganie po morfinę wtedy, gdy wystarczy środek mniej niebezpieczny. A już nie do daro­wania jest przepisywanie choremu całej serii wstrzykiwań leku narkotycznego, np. po zabiegu operacyjnym. To samo dotyczy lekkomyślnego szafowania bar­bituranami i trankwilizatorami. Jeżeli zachodzi konieczność zapisania leku tej kategorii, to lekarz ma moralny obowiązek przestrzec chorego przed grożącym nałogiem w razie, gdyby zbyt często leków tych używał. To samo dotyczy po­stawy lekarzy wobec alkoholizmu. Pomijam już zabójczy wpływ przykładu, któ­ry promieniuje od lekarza alkoholika. Szkodliwe są również humorystyczne wy­powiedzi lekarzy na temat pijaństwa, bagatelizujące groźbę następstw. Gdzie­kolwiek lekarza postawi los, powinien on pamiętać o swojej roli społecznika.

Aby spełnić swoje zadanie psychoprofilaktyczne, lekarze powinni wiedzieć, które leki grożą nałogiem, a które są pod tym względem bezpieczne. Otóż ogól­nie można powiedzieć, że wszystkie leki z małymi wyjątkami, których działa­nie doraźnie przynosi ulgę, choćby ta ulga była nawet sugestywnie wmówiona, wszystkie takie leki po pewnym czasie mogą prowadzić do przyzwyczajenia i nałogowego nadużywania w coraz większych ilościach. W tej właściwości le­ży powodzenie napojów wyskokowych, które według przekonania powszech­nego, choć nie zawsze słusznego, koją smutki, dają zapomnienie zmartwień, euforyzują. Tę samą właściwość pod pewnymi względami mają środki przeciw­bólowe wszelkiej kategorii, począwszy od morfiny i dolantyny, a skończywszy na proszkach ,,z krzyżykiem”. To samo dotyczy leków nasennych, które doraź­nie uśmierzają bezsenność, chociaż ludzie rzadko zdają sobie sprawę z autosu­gestii, pod wpływem której usypiają, zanim jeszcze trudno rozpuszczalny bar­bituran zdąży się wchłonąć; zwykle leki te wchłaniają się późno, tak iż naza­jutrz rano częstokroć rozwijają swe działanie. Zupełnie nieszkodliwym lekiem nasennym zdaje się być tylko hemineuryna (SCTZ), jest to bowiem jądro tiazolowe witaminy B, zupełnie nietoksyczne. Przeróżne trankwilizatory, których przedstawicielem jest meprobamat (miltown), prowadzą bardzo łatwo do nałogu. W Klinice Chorób Psychicznych w Gdańsku przechodził kurację odwykową lekarz, który doszedł do 40 tabletek meprobamatu dziennie jako środka nasen­nego. Natomiast z całym naciskiem należy podkreślić, że neuroleptyki i tymoleptyki, których najbardziej rozpowszechnionymi przedstawicielami są chloropromazyna (fenaktvl) i imipramina (melipramina), nawet po wieloletnim zaży­waniu dawek podtrzymujących, nie prowadzą do nałogu. Leki te w każdej chwili można odstawić bez obawy wystąpienia objawów abstynencyjnych. Jest to bardzo ważne w praktyce ogólnolekarskiej i każdy lekarz bez względu na swoją specjalność powinien o tym wiedzieć. Wspominam o tym dlatego, że niestety lekarze czasem nie odróżniając leków neuroleptycznych od trankwili­zatorów straszą nałogiem chorych psychicznie, którzy w razie przerwania da­wek podtrzymujących narażeni są na nawrót psychozy. Pochodne fenotiazyny, a zapewne i inne leki syndromolityczne, nie działają doraźnie i nie przynoszą choremu niezwłocznie ulgi; być może dlatego ich zażywanie nie wiąże się z niebezpieczeństwem nałogu. Zresztą gdyby nawet w tym przypadku tak było, to nawrót psychozy musi być uważany za bez porównania większe nieszczęście niż nałogowe zażywanie leków, które ustrój człowieka znosi nawet przy wie­loletnim codziennym zażywaniu dawek podtrzymujących.

Nie poruszam tutaj sprawy leczenia rozwiniętego nałogu, ponieważ zadanie lekarza ogólnego ogranicza się tylko do skierowania podejrzanego o narkoma­nię na leczenie psychiatryczne. Wszelkie próby leczenia narkomanów extra muros zazwyczaj zawodzą. Nieszlachetna pociecha płynie dla nas z faktu, że narkomania w naszym kraju jest zjawiskiem rzadkim. Jest to jeden z błogosła­wionych skutków mądrych i surowo przestrzeganych ustaw o środkach odu­rzających. Dzięki temu zdobycie narkotyku w naszych warunkach jest rzeczą trudną, nie może więc być mowy o masowości spożycia narkotyków. Natomiast na Zachodzie i na Dalekim Wschodzie narkomania stała się klęską społeczną. Również nie tak źle w porównaniu z Zachodem wygląda sprawa przewlekłego zatruwania się trankwilizatorami, czyli tzw. ataraktomania. W niektórych kra­
jach toksykomania tego typu uważana jest przez lekarzy za klęskę społeczną gorszą od alkoholizmu. W naszych warunkach nie jest to jeszcze klęska spo­łeczna, ale mimo wszystko nałogowe zażywanie różnych tabletek rozpowszech­nia się w coraz wyższym stopniu. Zadaniem lekarzy jest zapobieganie temu na­łogowi, chociażby w ten sposób, aby nie brali na swe sumienie produkcji farmakomanów.

W prasie zachodniej pojawiły się niedawno niby-naukowe artykuły, propa­gujące spożycie heroiny (Morphinum diacethylicum) jako używki rzekomo nie­szkodliwej. Można łatwo odgadnąć, w czyim interesie leży tego rodzaju propa­ganda. Z naszej prasy codziennej niejednokrotnie dowiadujemy się, że przemyt heroiny na równi z mnóstwem innych narkotyków odbywa się na olbrzymią skalę w Ameryce i na zachodzie Europy. Władze konfiskują fantastyczne ilości tej trucizny. W naszym kraju heroina objęta jest prohibicyjną ustawą z dnia 8 stycznia 1951 r. o środkach odurzających. Dzięki temu narkomania nie jest u nas jak gdzie indziej klęską społeczną.

Daleko gorzej przedstawia się u nas walka z alkoholizmem. Obowią­zujące w Polsce ustawodawstwo przeciwalkoholowe, kilkakrotnie nowelizowa­ne, nie zdołało w pełni opanować tego nałogu. Powyżej wypowiedziałem za­sadę, że narkomanów należy leczyć intia muros. W stosunku do alkoholizmu obowiązuje zasada wprost odwrotna, ze względu na większe rozpowszechnienie tego nałogu. Stwarzanie wybranej garstce alkoholików sanatoryjnych warun­ków leczenia odwykowego, które w bardzo nikłym odsetku przypadków może dać trwały efekt, mija się w sposób matematycznie oczywisty z celem.

Prezydium Rady Najwyższej Związku Radzieckiego wydało w 1967 r. dekret ?O przymusowym leczeniu i reedukacji przez pracę no­torycznych alkoholików”. Treść tego dekretu jest następująca. Oso­by systematycznie nadużywające napojów alkoholowych, uchylające się od do­browolnego leczenia lub nadal pijące po przebytej kuracji, łamiące dyscyplinę pracy, zakłócające porządek publiczny i naruszające zasady współżycia socjali­stycznego przez ignorowanie zastosowanych wobec nich środków oddziaływa­nia społecznego lub administracyjnego, kieruje się na okres 1?2 lat do prewen­torium celem przymusowego leczenia i reedukacji przez pracę.

Sprawę skierowania na przymusowe leczenie rozpatruje sąd na wniosek orga­nizacji społecznych, załóg zakładów produkcyjnych lub władz państwowych. Jeżeli leczenie przebiega pomyślnie, to na wniosek administracji prewentorium sąd może skrócić termin pobytu w zakładzie, jednakże nie więcej niż o połowę. Decyzja ta nie dotyczy osób skierowanych na przymusowe leczenie po raz wtó­ry. Orzeczenie sądu jest ostateczne i nie podlega zaskarżeniu. Jeżeli sąd kieru­je na przymusowe leczenie, orzeczenie sądu jest podstawą do zwolnienia pija­ka z pracy bez wymówienia. Osoby przechodzące przymusowe leczenie pracują, z ich zarobków potrąca się pieniądze na pokrycie części kosztów utrzymania zakładu leczniczego, na wyżywienie, odzież, obuwie i specjalne lekarstwa po­trzebne pacjentowi. Pozostałość przekazuje się rodzinie, a jeśli alkoholik nie ma rodziny, przelewa się na jego konto. Zapewnia się pacjentowi pracę po jego powrocie. Zachowuje on również prawo do poprzednio zajmowanej powierzchni mieszkalnej. Ucieczka z zakładu podlega karze na równi z karą przewidzianą za ucieczkę z miejsca zesłania. Do prewentorium nie wolno kierować ludzi cier­piących na przewlekłe choroby psychiczne, inwalidów I i II kategorii, nielet­nich, a także mężczyzn po ukończeniu 60 r.ż. i kobiet po ukończeniu 55 r.ż.

W Polsce niejednokrotnie wskazywano na konieczność ustawowego przymu­su leczenia osób, oddających się w sposób niespołeczny pijaństwu. Rehabilita­cja za pomocą pracy jest rzeczywiście jedyną drogą wiodącą do celu. Wydaje mi się, że oparcie się na wzorze radzieckim i wprowadzenie u nas analogiczne­
go dekretu, którego istotą jest resocjalizacja i reedukacja nieuleczalnych inny­mi sposobami ofiar alkoholizmu byłoby korzystne. Mamy wiadomości, że w Związku Radzieckim streszczony powyżej dekret daje w praktyce wyniki po­myślne. Uważam jednak, że nie można liczyć na samorzutne nawrócenie się alkoholików, trawionych głodem tkankowym, zwłaszcza przy obecnej obycza­jowości. W ośrodkach rehabilitacyjnych przeciwalkoholowych, gdzie pobyt usankcjonowany jest wyrokiem sądowym, praca pomyślana jest jako ergoterapia w duchu psychoterapii zbiorowej. Przymus jest ?protezą” uszkodzonej woli alkoholika.

Toksykomanie z alkoholizmem włącznie są problemem kliniczno-społecznym psychiatrycznym. Trzeba być klinicystą, aby zrozumieć na czym polega zjawi­sko głodu tkankowego, od którego zależy patologiczny pociąg do trucizny. Istot­ną częścią rozumowania kliniczno-społecznego jest prognostyka.